Dołącz do czytelników
Brak wyników

O potrzebach i przyszłości polskiej ortopedii i traumatologii rozmawiamy z prof. dr hab. n. med. Pawłem Małdykiem, krajowym konsultantem w dziedzinie ortopedii narządu ruchu

Artykuł | 22 lipca 2018 | NR 3
221

Jak udaje się Panu pogodzić pracę zawodową – bycie konsultantem krajowym i szefem kliniki – z życiem rodzinnym i wypoczynkiem?

Kierownikiem kliniki jestem już dość długo. Początkowo, pracując w Instytucie Reumatologii, sprawowałem funkcję kierownika kliniki. Życie musiałem do tego dostosować. Natomiast staram się, aby praca zawodowa nie wpływała w istotny sposób na życie rodzinne, aczkolwiek zupełnie się nie da tego rozdzielić. Są sytuacje, kiedy trzeba być obecnym w wielu miejscach lub też dostaje się zadania do wykonania i które trzeba czasami zrobić w krótkim czasie. Na szczęście nie mam już małych dzieci, w związku z tym mogę mniej czasu poświęcać zajęciom rodzinnym i mogę ten czas wykorzystać na pracę zawodową związaną bezpośrednio ze sprawami kliniki i konsultanta krajowego. Każdego roku są okresy egzaminacyjne, w trakcie których trzeba przygotować pytania i przeprowadzić egzaminy. Na pewno jest to czas bardziej mnie absorbujący. Natomiast są też okresy, gdzie tej pracy jest mniej. Ważnym czynnikiem pracy konsultanta jest dyspozycyjność względem przełożonych. Formalnie konsultant krajowy jest pracownikiem Ministerstwa Zdrowia, jego przedstawicielem, czyli musi wykonywać zadania dla ministra zdrowia, ale jednocześnie też innych organów państwowych, jak Rzecznik Praw Pacjenta, NFZ, którego działalność jest powiązana z praktyką lekarską, a także szeregu innych instytucji, które zgłaszają się do konsultanta krajowego.

Co uważa Pan za swój największy sukces zawodowy?

Wiele lat pracowałem nad leczeniem operacyjnym chorych reumatycznych i w dużej mierze wprowadzałem endoprotezoplastykę stawów, przede wszystkim kolanowych i biodrowych, ale też stawów rąk, ramiennych, łokciowych. Można powiedzieć, że endoprotezoplastyka stała się moim głównym zajęciem. Doświadczenia z nią związane, wdrażanie, ocena wyników, czyli protezoplastyka – to jest chyba moje największe osiągnięcie w ortopedii. 

Większość chorych zakwalifikowanych do endoprotezoplastyki zawdzięcza ten zabieg i jego jakość właśnie Panu.

To oczywiście nie tylko moja zasługa, ale całego środowiska ortopedycznego. Pełnię funkcję kierownika kliniki, widzę konieczność konsultowania chorych z wieloma schorzeniami – to jest moje zajęcie. Nie znaczy to, że wszystkich muszę zoperować osobiście. Powstały grupy lekarzy, którzy zajmują się chirurgią artroskopią – jedni specjalizują się w chirurgii barku, a inni kolana. Taki podział jest chyba zgodny z podziałem na świecie, gdzie – może nie aż tak wąsko jak w Stanach Zjednoczonych – ortopeda uprawia tylko jeden zabieg, i to w granicach jednego stawu. Wyraźnie widzi się w Polsce tendencję do dość wąskiej specjalizacji.

Jeżeli chodzi o sukces życiowy, co wybrałby Pan ze swoich osiągnięć?

Na pewno sukcesem jest to, że zostałem kierownikiem kliniki oraz – słusznie czy nie – konsultantem krajowym. To wydaje się w ortopedii ogromnym osiągnięciem. Kierownikiem klinik ortopedycznych zostałem w sławnym okresie rozkwitu polskiej ortopedii. W tym czasie były dwie najbardziej znane szkoły ortopedyczne w Polsce, czyli szkoła poznańska i szkoła warszawska. Pracuję w tych samych murach, które stworzył prof. Gruca, i jestem kolejnym kierownikiem tej kliniki. Z punktu widzenia zawodowego jest to szczyt naszych możliwości.

Pamięta Pan swoją pierwszą samodzielną operację?

Samodzielne operacje zaczynałem tak jak każdy chirurg. Staraliśmy się i jak większości młodych ludzi wydawało nam się, że wszystko potrafimy zrobić. Sądziliśmy, że starsi lekarze mają niepotrzebne wątpliwości. Pamiętam moją pierwszą operację. To było na oddziale chirurgii dziecięcej. Moim pierwszym zadaniem było usunięcie drutów Kirschnera po zespoleniu złuszczenia głowy kości udowej. Wydawało się, że to jest prosta operacja – pacjent z wiązką drutów wprowadzonych z różnych kierunków. Procedura okazała się zabiegiem niełatwym. Potem, jak większość chirurgów, operacje wykonywaliśmy na ostrym dyżurze. Były to zespolenia i różnego rodzaju operacje urazowe.

Na którym roku specjalizacji miała miejsce ta operacja?

Ten zabieg wykonywałem zaraz po studiach.

Gdzie i w jakiej formie widzi Pan polską ortopedię w przyszłości?

To bardzo istotne pytanie. Wydaje się, że nasza ortopedia jest teraz bliżej światowej niż kiedykolwiek. Wynika to z samego otwarcia się na świat. Jeździmy po świecie, młodzi koledzy uczą się i szkolą w najbardziej renomowanych ośrodkach i to widać. Jakość i zakres usług ortopedycznych w ostatnich latach znacznie wzrosły. Jednak największą barierę stanowią finanse. Ortopedia jest bardzo usprzętowiona – żeby cokolwiek zrobić, trzeba dysponować odpowiednim zaopatrzeniem ortopedycznym, czyli odpowiednimi implantami i sprzętem do zakładania tych implantów. Ortopedia musi mieć zatem odpowiedni budżet, by te implanty zakupić. Tutaj niestety trudno jest dogonić świat, aczkolwiek uważam, że w tej chwili nie odbiegamy od średniego poziomu europejskiego.

Szkolenia odbywają się nie tylko w Europie, ale także u nas. Organizujemy coraz więcej międzynarodowych konferencji, szkoleń i sympozjów. Widać wyraźny postęp w jakości usług i w jakości działań polskich ośrodków ortopedycznych.

Czy uważa Pan, że należy się martwić odpływem polskich specjalistów do innych krajów? Czy zna Pan przypadki lekarzy, który wrócili do Polski po kilku latach na obczyźnie?

Od czasów mojej młodości świat bardzo się zmienił. Kiedyś, gdy ktoś wyjechał, nie mógł już wrócić z przyczyn niekoniecznie zawodowych. Myślę, że problemem jest otwarty rynek pracy. Jedni wyjeżdżają na krócej, inni na dłużej. Jedni pracują za granicą, inni wracają lub chcieliby wrócić, ale przeszkodę stanowi bariera finansowa. 

Wysokość zarobków w innych krajach i w Polsce jest zgoła odmienna. Po prostu standard życia, który można osiągnąć za granicą, nie jest możliwy do zdobycia w Polsce. Lekarze chcący pracować zawodowo w Polsce wracają, mimo aspektu finansowego. Część kolegów udziela się w różnych formach, niektórzy tworzą prywatne firmy i ośrodki, część z nich współpracuje z ośrodkami państwowymi. Niemniej uważam, że jest to korzystne rozwiązanie. Następuje wymiana pomysłów, doświadczeń, co wpływa na rozwój ortopedów i ortopedii w kraju. Natomiast obecnie nie odczuwamy w Polsce niedoboru kadry ortopedycznej. Można powiedzieć, że ortopedia była przez wiele lat tzw. działalnością deficytową. Teraz nasycenie ortopedami jest zadowalające, oczywiście nie wszędzie i nie we wszystkich regionach. Rozkład lekarzy nie jest równomierny. Zawszy były i będą miejsca, gdzie jest ich mniej i gdzie jest ich więcej. Taki stan rzeczy nigdy się nie wyrówna ze względu na warunki i jakość życia. 

Co zmieniło się na lepsze, a co niestety na gorsze od momentu objęcia przez Pana stanowiska konsultanta krajowego?

Jedno, co się nie zmieniło, to zła wycena działań dotyczących chirurgii urazowej. Cały czas niedomaga leczenie urazów, zwłaszcza teraz, kiedy mamy ogromny postęp sprzętowy do zespoleń – dużo droższy i wymagający większych nakładów inwestycyjnych. Dlatego też uprawianie tylko chirurgii urazowej jest deficytowe. O tym fakcie środowisko wielokrotnie informowało Ministerstwo Zdrowia. Niemniej jednak przez lata nie zostało to poprawione. 

W tej chwili trwa przegląd wszystkich specjalności lekarskich i jest tzw. nowa ocena grup JGP. Jesteśmy na etapie oceny endoprotezoplastyki biodra i kolana. Nikt nie wie, jak to się skończy i czy te nowe propozycje będą wystarczające. Cały czas wysokość nakładów jest ważna. Ortopedia w wielu krajach jest dochodowa, a w Polsce różnie to bywa. Tutaj bardzo ważne jest usprzętowienie, żeby zdobyć dodatkowe finansowanie nie tylko na leczenie, ale też na organizację odpowiedniego wyposażenia sal operacyjnych i oddziałów ortopedycznych, ponieważ koszty są wysokie. Obserwuję jednak pozytywne zjawisko, że przeciętna jakość świadczonych usług w klinikach ortopedycznych wzrosła. Szereg rzeczy robi się już nie tylko w klinikach, ale również w normalnych oddziałach, tzw. regionalnych czy powiatowych, gdzie świadczy się usługi na wysokim poziomie i gdzie zakres usług znacznie się rozszerzył. Doszło do wymiany kadry. Są nowe, młodsze osoby, które zarządzają tymi oddziałami, są lepiej wyszkolone i zależy im, by rozwój się odbywał. Uważam, że jest to zjawisko bardzo pozytywne. 

Myśli Pan, że na wycenę poszczególnych usług i procedur będą mieć wpływ mapy potrzeb zdrowotnych?

Myślę, że tak. Takie są przynajmniej założenia. Ale rodzi się także problem dla niektórych oddziałów. Ich działalność może zostać ograniczona albo przeniesiona w inne miejsce. To jest ogólnoświatowa tendencja i nie dotyczy tylko ortopedii. Dotyczy wszystkich dziedzin medycyny, żeby pole usług było odpowiednio skorelowane z zapotrzebowaniem. Z jednej strony nie ma rejonizacji, ale po co chory ma jeździć na drugi koniec kraju czy daleko od miejsca zamieszkania. Jeżeli chodzi o chirurgię urazową, powinna być w miarę dostępna niedaleko od miejsca wypadku. Natomiast jeżeli chodzi o leczenie choroby zwyrodnieniowej, takiej potrzeby nie ma, ponieważ nie jest to działanie gwałtowne, nie jest to udzielanie pomocy w momencie zagrożenia życia.

Co doradziłby Pan młodym lekarzom ortopedii i traumatologii. W którą stronę i jak się ewentualnie rozwijać?

Aby był dobrym specjalistą w przyszłości, powinien na początku swojej drogi starać się pracować przede wszystkim w ośrodkach, które mają szeroki wachlarz działania, gdzie można zobaczyć wiele jednostek chorobowych, wiele rodzajów operacji, gdzie można zdobyć duże doświadczenie operacyjne i kliniczne. To daje olbrzymi potencjał na rozwój, bo jeżeli ktoś od razu zacznie pracę ambulatoryjną, bez żadnego wcześniejszego doświadczenia klinicznego, nie otrze się o klinikę i będzie mieć ogromne problemy diagnostyczne, z rozpoznaniem, z odpowiednim skierowaniem chorego. Dlatego uważam, że najpierw chirurg powinien odbyć podstawową praktykę kliniczną i chirurgiczną, a potem dopiero może myśleć już o wąskich kierunkach rozwoju, czy to pracy tylko ambulatoryjnej, czy przypuśćmy tylko zajmować się konkretnie chirurgią barku lub ręki. Uważam, że chirurg musi mieć ogólne pojęcie o jednostce chorobowej, ponieważ zawsze może zgłosić się do niego pacjent z jakimś innym schorzeniem. Bez tej wiedzy lekarz będzie popełniał błędy. 

Szerokim echem roznosi się temat egzaminów specjalizacyjnych. Jakie jest Pana rozwiązanie na problem tak niskiej zdawalności?

Zdawalność dwóch niedawnych sesji egzaminacyjnych rzeczywiście nie była wystarczająca. Natomiast zdawalność ostatniej sesji mieściła się w średniej. Egzaminu nie zdało 30% osób, które do niego podeszły. W tym przypadku 
można prowadzić dyskusję, czy egzamin jest zbyt trudny, czy szkolenie jest niedostateczne, czy zdający niewystarczająco się przygotowali. Na pewno nie można powiedzieć, że tylko jeden czynnik odgrywa tu rolę. Pytania są układane przez wielu ortopedów, którzy posiadają stopnie i tytuły naukowe na terenie Polski, którzy znają program specjalizacji. Podnosi się na pewno problem, który zauważamy w nadzorze, że niedosta...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 4 wydaia czasopisma "Praktyczna Ortopedia i Traumatologia"
  • Nielimitowany dostęp do całego archiwum czasopisma
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy